Z rzeczy, które bardzo lubiłem to śpiew. Chciałem nawet się zapisać do szkoły śpiewaczej, ale to nie było na moją kieszeń. Do tej pory pamiętam jeszcze Halkę. Zacytuję (śpiewa) Nieszczęsna halka, gwałtem tu idzie. O Boże miłosierny Ty chroń o Panie chroń. Gdyby ją tam powstrzymali ja nie mogę.
 

 

  • ipn logo
  • mcdn logo
  • pwsz
  • um malopolska

Bryła Stanisław

 

Biografia

Bryła Stanisław

Urodził się 6 sierpnia 1922 w miejscowości Owczary niedaleko Ojcowa jako syn Andrzeja i Marianny z d. Cicha. Rodzice zajmowali się gospodarstwem i mieszkali w Grodźcu. Ojciec wcześnie owdowiał i powtórnie się ożenił. Stanisław został sierotą, gdy w wieku 12 lat zmarł również jego ojciec. Do szkół chodził w Wojtkowicach, w Bojkowicach, Żychcicach i na końcu do szkoły w Grodźcu. Ze względu na biedę nie ukończył siódmej klasy. Przez krótki czas należał do harcerstwa.
W czasie wojny pracując w cementowni a później w hucie Beldon działa w organizacji konspiracyjnej Orzeł Biały ZWZ pod pseudonimem „Kozik” i „Scyzoryk”. W grudniu 1942 roku został aresztowany przez Gestapo i w styczniu 1943 roku trafił do KL Auschwitz. W kwietniu przeniesiony został do KL Mauthausen-Gusen, gdzie pracował w kamieniołomach. W listopadzie 1943 roku przeniesiony został z kolei do Buchenwaldu, a wcześniej na krótki pobyt do Wiener Neustadt. Z Buchenwaldu trafił do pobliskiego obozu Mittelbau-Dora. Tam przebywał aż do wyzwolenia pracując przy produkcji bomb V2.
Po zakończeniu II Wojny Światowej powołany do służby czynnej w Wojskach Obrony Pogranicza w Prudniku, gdzie spędził dwa lata. Później pracował w kopalni w Grodźcu jako palacz, a następnie od 1953 roku do emerytury w Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych Przemysłu Węglowego.

Relacja

Są dwa koła – więźniarskie i kombatanckie.
W Mauthausen byłem od kwietnia do listopada 1943 roku. Jak zbombardowali fabrykę V2. najdłużej byłem w Buchenwaldzie w Dorze. Ja nie mam numeru na ręce, bo w kwietniu wyjechałem, a w maju zaczęli bić wszystkie numery

Urodziłem się 6 sierpnia 1922 roku. Koło Ojcowa. Ojciec pochodził z miejscowości Owczary. Rodzice Andrzej i Marianna z domu Cicha. Rodzice zajmowali się gospodarką. Tu osiedliśmy w 1929 roku w Grodźcu.

- Czy wcześniej to też był Będzin czy Grodziec to była inna miejscowość?
- Miasteczko. Zawsze się pisało powiat Będzin. Grodziec-Będzin. Mieszkaliśmy na I Maja.

- Miał pan jakieś rodzeństwo?
- Tak. Brat umarł. Miał dwa latka. Był najstarszy brat po pierwszym małżeństwie. Potem ojciec był wdowcem i z druga matka było dwoje. Jeden brat umarł. Tylko nas dwoje było siostra i ja. Z tego pierwszego tez była siostra i brat
Do szkoły zacząłem chodzić w trzech miejscach. Najpierw chodziłem w Wojkowicach do starej szkoły. Do pierwszej klasy. Później przenieśli mnie do szkoły w Betonach tak nazywali te bloki, bo myśmy się przeprowadzili na koniec Bojkowic, a stamtąd przeprowadziliśmy się do Żychcic i tam chodziłem do piątej klasy.
W 1934 roku przeprowadziliśmy się z powrotem do Grodźca. Miałem 12 lat jak umarł mi ojciec. Ojciec pracował na kopalni Jowisz w Wojkowicach. Był palaczem. Potem ojciec był bezrobotny. Ja chodziłem tu do szkoło numer 1 szóstej klasy podstawówki. Siódmej klasy nie zrobiłem, bo nie było, z czego płacić.

- Należał pan do jakieś organizacji młodzieżowej?
- Należałem do harcerzy trochę, potem nie należałem. Trzeba było składki opłacać, ale nie było, z czego. Nieraz jak wracałem ze szkoły to matka worek dawała: idź zbierać węgiel, żeby było, czym palić. Tu w Grodźcu były dwie kopalnie. Węgiel wysypywali. Trzeba go było szukać. Cały Grodziec zbierał ten węgiel. Czy pracował czy nie wszyscy chodzili na węgiel. Chłopy zewsząd przyjeżdżały i zawsze za węgiel kartofle dali.

- Czy jak chodził pan do szkoły miał pan jakiś upatrzony zawód? Było coś, co chciał pan robić?
- Zrobiłem kurs palacza. Zrobiłem kurs operatora koparek, parowozów, maszyn budowlanych, spychaczy. Później zostałem brygadzistą. Prowadziłem roboty na kopalniach. Na kopalni Grodziec pracowałem od 1947 roku do 1953 roku. Jako palacz.
Przyszedłem z obozu w 1945 roku i pobrali mnie do służby czynnej. W czerwcu poszedłem wojować jeszcze. Dwa lata musiałem odbębnić. Służyłem w WOP-ie w Prudniku.

- Jak pan zapamiętał początek wojny? Czy coś wiedzieliście wcześniej?
- Myśmy tu wszystko wiedzieli, bo tu zaczęto budować bunkry pod Piekarami, pod Szalejem blisko Śląska. Tylko rzeka dzieliła nas od Śląska. Do dzisiejszego dnia stoją jeszcze bunkry.

W Grodźcu cementowania była, dwie kopalnie. Ludzie żyli z tego, a dzisiaj nie ma roboty.
W 1953 roku zostałem służbo przeniesiony, tymczasowo do przedsiębiorstwa robót inżynieryjnych przemysłu węglowego. Tam pracowałem, jako operator koparki. Wszystkie zawody wykonywałem. Jako maszynista parowozu, jako brygadzista, mechanik ciężkiego sprzętu. I tak do emerytury. W jednym przedsiębiorstwie trzydzieści lat przepracowałem.

Głód to wszystko robi. Jak w Oświęcimiu dali nam kartofle w łupinach. Ja musiałem kartofle ze skórki obdłubać. Kolega mówi: Stasiu nie wyrzucaj ja to zjem. Masz zjedz. Tylko, żebyś później nie narzekał. Jak napisałem do mamy z Oświęcimia, że ma mi przysłać trochę tytoniu, albo jakieś papierosy. Mama mi w liście: dwadzieścia lat nie paliłeś, a teraz palisz, ale ona nie wiedziała, że palenie to ja miałem w ustach. Za jednego papierosa wędliny kawałek. Ja wolałem do brzucha jak dymek. W obozie w Oświęcimiu to była giełda między blokiem 16 a 17. Tam wszystko dostał. Koszulę nową dostał, buty dostał. Handlowanie było. Po apelu tam można było wszystko dostać. Codziennie więźniowie handlowali.
Myśmy wyjeżdżali z Oświęcimia. Tam nas ładowali na rampie jak się na Brzezinkę idzie to zegarki leżały na śniegu, bransoletki. Myśmy deptali to. Oświęcim był na złocie.
Jak przyjechaliśmy do Gusen. Tysiąc dwieście ludzi przyjechało pierwszym transportem. Na drugi dzień drugie tysiąc dwieście. Do tyłka nam zaglądali czy przywieźliśmy jakieś złoto. Ubrania mieliśmy nowe. Ja dostałem taką bluzę czerwoną austriacką, spodnie niebieskie takie wojskowe.

- Jak się pan dostał do Oświęcimia?
- Pracowałem na cementowni, bo nas z kopalni przenieśli do cementowni. Utworzył się Orzeł Biały. Taka organizacja powstała na cementowni. Potem mnie wpisali do straży, jako ochotnika. To w tej straży, żeśmy się spotykali. W 1942 roku na wiosnę wysłali nas do huty Beldon. Coś koło stu ludzi przenieśli. Człowiek tak jeździł do tej huty. Od czasu do czasu się spotykaliśmy. Potem z huty Beldon to mnie ostrzegł pracownik, który ze mną robił, Ślązak. Nie pokazuj się, bo tu w piątek byli po ciebie. Dwóch facetów było. Pytało się o ciebie. Ukrywałem się dwa tygodnie. Potem poleciałem bieliznę do domu zmienić. Było gdzieś po dwunastej w nocy. Matka nawet nie świeciła. Naraz trzaskanie. Otwierać. Chciałem na dach za komin się schować. Ledwie uchyliłem, a tu reflektor się świeci. Strzał do góry. Ostrzegli mnie. Zabrali mnie. W poniedziałek mnie wzięli na gestapo do Sosnowca. Tam mnie pytali czy należę do jakieś organizacji. Nie należę i już. A takich znasz? No znam. Jak mnie walnął. Patrzę krew leci. Pięć czy sześć zębów uszkodzonych. Górne poszły. Nie dali się umyć. Do piwnicy mnie dali. Rano mnie obudzili. Troszkę wody dali w kubku. Polej się i umyj, bo do Katowic pojedziesz. Zakuli mnie w kajdanki i zawieźli do Katowic. W 1942 roku w grudniu do Katowic mnie zawieźli do więzienia na Mikołowską.

- Czym się zajmowała organizacja Orzeł Biały?
- To był zalążek Związku Walk Zbrojnych. Składałem przysięgę na cementowni przed jednym i drugim kierownikiem, że nie będę zdradzał choćbym został aresztowany itd. Tak mi dopomóż Bóg. Miałem pseudonim Kozik i Scyzoryk. Jak mi coś starsi dawali to się załatwiało sprawę.

- Jak długo był pan w tym więzieniu?
- Od 6 grudnia do 8 stycznia 1943 roku. Stamtąd przewieziono czterdzieści osób. Jechaliśmy samochodem ciężarowym. Było ślisko. W Bieruniu wjechali w jakieś pole. Przewrócili się. Musieliśmy wynieść ten samochód. Postawić z powrotem na drodze. Zajechaliśmy do Oświęcimia.

- Jak wyglądało tzw. powitanie?
- Zaraz ten liliput na bramie kształcił nas: Jak stoisz?!, czego się ruszasz?. Wprowadzili nas na blok chyba 25. Tam łaźnia była. Poszedłem do fryzjera. Kolejka była. Jeden za drugim staliśmy. Ja stoję i pyta się mnie ten, co miał mnie strzyc: a ty skąd jesteś? Mówię z Będzina. Samego Będzina? Nie. Z Grodźca. Ostrzygł mnie całego i pyta: a na jakiej ulicy ty mieszkasz. Na pierwszego maja za cementownią. U kogo mieszkasz? U pana Radomińskiego. Tyle mi się zapytał i gada: ja też jestem z Grodźca. Znasz fryzjera Zarębskiego. No znam. Teraz pójdziesz na łaźnie. Najpierw dostaniesz ciepłą wodę potem zimną. Tak będą puszczać. Później wyjdziesz na korytarz to ci będą rzucać kalesony, koszule. Bierz wszystko, co ci rzucają. Tylko się nie wracaj, bo tam będą stali z bykowcami, z kijami będą stać. Przywitanie będą robić.
Potem zaprowadzili nas na blok ósmy. Przed blokiem był taki basenik. To był styczeń. Woda była troszkę przymarznięta. W każdym razie trzeba było wejść do tej wody, zanurzyć się i wyjść. A jak za mało się zanurzyło to podchodził kapo czy fortaibaiter i trzymał długo. Na bloku ósmym myśmy nic nie robili tylko mycen auf, mycen up, mycen auf, mycen up, zdjąć, wkładać. Staliśmy koło łóżek i tak nas uczyli.
Wieczorem słyszę ktoś woła. Patrzę ten muzykant przyszedł Majcherczyk. Ty przychodziłeś do Heli naszej. No przychodziłem, bo my z Helą chodzili razem do szóstej klasy. Porozmawialiśmy. Dał mi trochę chleba. Za chwilę patrzę, a leci ten drugi kolega z ulicy Bolek. Masz tu chleb i miałem dwie kromki chleba, ale zaraz się rozeszliśmy, bo nie wolno było się gromadzić. Potem przyszedł Józek, inżynier.
Po czternastu dniach z ósmego bloku przenieśli mnie na piąty blok. I do roboty rozbierać stare budynki. Komando Werchala. Tam długo nie robiłem, bo koledzy mi się postarali. Ten Józek Dróż gada mi węgiel będziesz nosił do pieców esesmanów. Mówi, że gadał już z kapo, który jest fajny z Chorzowa, Błaszczyk się nazywał. Na drugi dzień tam poszliśmy. Pamiętaj do godziny ósmej musisz się ukrywać, żeby cię nie wzięli do rozładunku wagonów – ten kapo gada – bo synek zginiesz przy rozładunku, a szkoda cię, bo żeś młody. Przenieśli mnie na blok 23A.

12 kwietnia transport wszedł i jedziemy. Jechał wtedy ten kapo i ja jechałem, Ryczkowski jechał, Bednarz Antek, Zmysłowski. Sześciu Polaków było i w sześciu pojechaliśmy do Mauthausen do Gusen

Szukanie wszy było na porządku dziennym. Jeden drugiego ostrzegał: nie zabijaj tak głośno, bo nam odkażanie bloku zrobią. Prawie, co dwa tygodnie odwszawiali. Cały blok szedł do kąpieli, ubrania do gazu. Między blokiem 1 i 2 był barak, gdzie łaźnia była.
A jedzenie to różnie. Jak sztubowy miał humor to dobrze nalał, a jak nie miał humoru to tylko po pół nalewał. Nie można się było nic odezwać, a jak ktoś mruknął to mu to wylał do kotła z powrotem.

Najlepiej było jak jechało się na salę, gdzie jedli esesmani. Jechało się po kotły koło czwartej, wpół do piątej. Zobaczyło się kartofle to kociołek na bok i te kartofle w tym kociołku. Zanieśliśmy to do budy. Mieliśmy swoje miski. Kapo to podzielił. Człowiek był trochę nasycony. Na jedzenie nie mogłem narzekać w Oświęcimiu, bo było treściwe. To był samowystarczalny obóz. Jak my jechali do Oświęcimia. Jak przekroczyliśmy Bieruń i wjeżdżali na Babice to było widać: więźniowie i esesmani jechali z końskim nawozem.

- Mieliście kontakt z ludnością cywilną, która podrzucała jedzenie?
- Byli tacy, co donosili. Listy odbierali. Kolegi żona, ale jeszcze wtedy nie byli małżeństwem przyjeżdżała czasem na roboty. On upuścił gryps, a ona podbiegała i brała i już wiedziała, o co chodzi. Ja nie miałem kontaktów.

- Do rodziny pan wysyłał listy?
- Do rodziny raz w miesiącu się wysyłało list. Nic nie można było pisać o Oświęcimiu. Ja wysłałem dwa albo trzy listy.

Jak żeśmy zajechali do Austrii to tam było jeszcze gorzej. Nawet nie chce mi się mówić. Dynia, brukiew, buraki. Kartofla mało, kiedy się uświadczyło. W Oświęcimiu, chociaż te pięć, sześć kartofli całych dali.

- Widział pan samobójstwa?
- O ile ucieczek było. Każda ucieczka, a tu nie raz w południe syrena wyje, że uciekł. Znowu będzie stanie na apelu. A na druty ile szło? Rano przyjeżdżali sanitariusze i zabierali ich zwłoki. Oni nic sobie z tego nie robili. Siedział na kogutku: a idź jak chcesz zginąć. Widziało się takie sceny. Jedynie w Buchenwaldzie nie widziałem tych drutów.

- Był pan w szpitalu obozowym?
- Właściwie byłem w szpitalu obozowym, bo brzuch mnie coś bolał. Byłem tam chyba trzy dni, bo mi kazali uciekać. Doktor przyszedł i mówi: chcesz iść przez komin? Ja mówię nie. No to uciekaj stąd. Potem sprzątałem, bo jak ktoś z chorobowego wracał to sprzątał.

- Słyszał pan rozstrzelania pod ścianą śmierci?
- Za mnie jeszcze ostatnia rozwałka była pod ścianą śmierci. Dziesiątkowali. Na którymś bloku ktoś uciekł i wybierali, co dziesiątego do rozstrzelania. Ja to słyszałem od ludzi. Tam nie było słychać strzałów. Pistolety były cichutkie.

O Mauthausen mało mówię, bo tam mało robiłem. W Gusen robiło się tylko w kamieniołomach. Z Mauthausen wyjechałem do Winernoisztad do komenderówki. Sto kilometrów od Wiednia. Tam było ogromne lotnisko i dlatego to zbombardowali. W listopadzie 1943 roku zbombardowali lotnisko. Załadowali nas do wagonów i zajechaliśmy do Buchenwaldu. Przez całą noc jechaliśmy. W Buchenwaldzie nas wykąpali, ostrzygli i później pojechaliśmy do piekła. Prawdziwe piekło tam było. Dorea. Góry, bardzo wielkie błoto. Podprowadzili pod tunel. Nawet nie wiedzieliśmy, że tunel tam jest. Podprowadzili pod górę. Wjazd. Tory do tego tunelu. Więźniów nie widać. Gdzie ten obóz jest? Weszliśmy. Kurz. Chłopki jakieś. Zamiast pasiaków to całe białe. Strzelanina. Trzaskanie. Przeszliśmy kawałek. Nareszcie więźniowie. Skąd ten transport? Z Buchenwaldu. A skąd ten transport? Z Winenoisztad. I tak się pytali. Wpadliście do piekła. Prowadzoną nas przez też szyny, aż pod dwadzieścia pięć. Tam już było inne powietrze. Podprowadzili nas pod halę dwadzieścia dwa. Tam były beczki do załatwienia. Nie ma wody. Nie ma nic. Na kamieniach rozciągli nam koce i tam można było spać. Do pracy nie chodziliśmy. Kwarantannę przechodziliśmy znowu. Potem wyprowadzili nas z tej hali 22 i do przodu poszliśmy. Tam dopiero był huk, strzały. Potem spaliśmy w hali 43. Od listopada do marca, albo kwietnia. Wiem, że było ciepło jak wyprowadzili nas z tunelu w 1944 roku. Chcąc się umyć nie było, czym. Nawet pic nie dali, bo woda chyba była skażona. Jak nas wyprowadzili z tunelu widać było jakieś miasto. To było Northausen. Przed łaźnią ściągaliśmy ciuchy. Kąpanie i na blok. Na bloku dostaliśmy kalesony, koszulę, jakieś skarpety czy onuce. Byłem na bloku dziewiątym. Dostałem przyrządy do pracy na hali 29. To wszystko nazywali hale.

- Co tam było produkowane?
- V1 i V2. wielkie bomby, które mieściły się po trzydzieści w wagonie, albo po piętnaście w dwóch wagonach. Ja pracowałem we V2. na V1 były miny, które nawet do morza zrzucali. We Winernoisztad miałem takiego mojego przełożonego – ja w Winernoisztad robiłem za spawacza, za ślusarza. On mnie zobaczył i mówi: chodź do mnie. Zgłosił kapo, że ja będę u niego pracował. To był Czech. Fajny chłop. Do końca ewakuacji byłem w tej dobrej robocie.
Ewakuacja zaczęła się w poniedziałek, bo w niedziele był mecz piłkarski Polska z Włochami. Jak przylecieli to najpierw zdjęcia zrobili. W poniedziałek poszliśmy do roboty. Wcześnie rano już szykowano transporty po sto ludzi wymarsz, sto ludzi wymarsz, ale co ludziom dawali to nie wiem. U nas to z wagonów dawali. Wychodziliśmy z fabryki. Pięciu nas szło. Pięć bochenków chleba i pięć konserw. Później były kradzieże w wagonie, bo ciasno było. 24 kwietnia 1945 roku byłem już na wolności.
Na jedzenie w Dorze nie można było narzekać. Były kartofle. Można było coś zorganizować. Dore przechrzcili potem na Mittenbaum.

- Jak pan wrócił do kraju?
- Wyswobodzili nas Amerykanie. Powiedzieli, że przejdziemy przez francuska granicę. Jedziemy autami. Nikt nas nie pilnuje. Naraz patrzymy Ruski. Skoczył na wóz, że mamy nie wysiadać. Siedzieć i nie robić szumu. Przejechaliśmy przez rzekę Łabę i do baraku. W tym baraku ruina. Bród, nasrane itp. Taki Zdzisiek z Poznania: musimy cos pomyśleć. Przecież nie będziemy w tym brudzie siedzieć. W nocy poszliśmy spać na działki. Chyba dwie noce tam spaliśmy. Potem ktoś nam powiedział, że będzie pociąg na Polskę szedł. Czekaliśmy od rana do południa. Zatrzymał się. Wsiedliśmy do wagonów. Maszyn włókienniczych w trzy dupy. Zdzisiu zorganizował konie i na tych koniach przejechaliśmy na polską stronę. Przyjechaliśmy do Królewca nad Odrą obecnie Krosna Dobrzańskiego. Milicja wszystko nam zabrała. Wpakowali nas do pokoi. Proponowali pracę wojskową. A my: panie my po trzech latach do domu się spieszymy. Pojedziecie, legalnie przepustkę dostaniecie. Samochodem podrzuca, gdzie będzie ruch pociągów. Wsiadłem z wojskowymi i mnie zawieźli na pociąg. Dojechałem do Zduńskiej Woli. Z tymi maszynami włókienniczymi to na Łódź lecieli, a mogłem jechać nawet i do Łodzi. Moi koledzy powysiadali w Poznaniu, Krzyżu.
Miałem trochę papierosów amerykańskich. Dałem paczkę kolejarzowi, żeby jak pociąg przyjedzie pomógł mi się załadować. Miałem plecak, trochę żywności, ciuchów więziennych. W maju przyjechałem. Po trzech tygodniach wezwanie do WKR-u, do wojskowości mam się zgłosić. Zajechałem. Pytają mi się. Tak od 1942 roku byłem w obozie. Czemu się nie zgłosiłem? Jeszcze miesiąc nie minął a ja mam się zgłosić. Nie chcecie w ludowym wojsku służyć? Jak nie chce? Jak wyzdrowieje to mogę służyć. To wam damy pół roku odroczenia, a potem was ściągniemy do wojska. Dajemy wam tydzień do namysłu. Jeżeli się namyślicie to dajcie znać. Mówię siostrze, matce, że odroczyli mnie jak chcę na pół roku.
W kwietniu był pobór w Grodźcu. Z orkiestrą ich prowadzili do Sosnowca. Szwagier mi gada: wiesz Stasiu ja bym na twoim miejscu to poszedł do tego wojska. Odbębnił i już. Pojechałem do Sosnowca. Do końca czerwca się zgłosić z rzeczami osobistymi. Zgłosiłem się. Patrzę na salę, ten znajomy, tu znajomy. Dużo młodsi ode mnie ci chłopcy. Przyszedł porucznik z dwoma żołnierzami. Patrzę taki pysk znajomy. Nie mogę skojarzyć skąd go znam. Naraz patrzę, a on idzie: cześć kolego. Poznajesz mnie? Franek z Gusen. To był stary więzień. Sztubowym był na 16 bloku.
W koszarach w Katowicach byłem. Tam były baraki wojskowe.

- Co wasz związek tutaj zrobił dla upamiętnienia?
- Pomnik wybudowaliśmy na cmentarzu, bierzemy czynny udział w uroczystościach. Czy to jest święto narodowe czy kościelne.

Wideo

Głód